poniedziałek, 24 lutego 2014

Męczennica narodowa

Szanuję Justynę Kowalczyk za starty olimpijskie ze złamaną stopą. Szanuję za niesamowity bieg na 10 kilometrów stylem klasycznym. Szanuję za wielką wolę walki i chęć zwycięstwa. Charakter naszej mistrzyni olimpijskiej powoduje jednak we mnie odczucie, które niegdyś miałem, gdy słuchałem Tomasza Golloba. Zarozumialstwo, przesadne poczucie własnej wartości – to cechy, których nie potrafię strawić u sportowców. Szacunek bowiem zdobywa się, a nie o niego żebrze. Gollob to zrozumiał, Kowalczyk jest na razie daleko w lesie.

Mistrzyni olimpijska powodów do martyrologii przed Igrzyskami Olimpijskimi i w ich trakcie miała wiele. Najpierw chodziło o zamieszanie wokół jej złamanej stopy, później o krytykę startu w biegu łączonym na 15 kilometrów. Kowalczyk podkreślała, że to jej sprawa, że to ona podejmuje suwerenne decyzje, których nikt nie ma prawa komentować.

Sportowy świat tak jednak nie działa. Nie można spijać tylko śmietanki, być na piedestale, gdy się wygrywa. Trzeba przyjąć słowa krytyki, kiedy przychodzą porażki. Jest też drugie wyjście: po prostu nie słuchać dziennikarzy, ekspertów, czytać komentarzy kibiców. Kowalczyk to doświadczona zawodniczka i powinna to wiedzieć. Ona zrobiła jednak najgorsze, co można – zaczęła z krytykującymi ją osobami walczyć.

Oberwało się więc prezesowi Polskiego Związku Narciarskiego, Apoloniuszowi Tajnerowi i komentatorowi Eurosportu, Bogdanowi Chruścickiemu. Temu drugiemu często zdarza się pleść androny, ale w tym przypadku miał akurat racje. Upadek Kowalczyk w biegu na 15 kilometrów niewiele zmienił. Justyna i tak w takiej dyspozycji nie miałaby szans na medal.

Nasza biegaczka narciarska sportowo się obroniła. Zdobyła bowiem w świetnym stylu złoty medal na 10 kilometrów stylem klasycznym. Niesmak jednak pozostanie, bo ja z Igrzysk Olimpijskich w Soczi nie zapamiętam tylko tego wspaniałego momentu, ale też całą negatywną otoczkę, którą wokół siebie wytworzyła Kowalczyk. A to przecież jeszcze nie koniec, bo za chwilę może dojść do kolejnych przepychanek na linii dziennikarze – Justyna Kowalczyk. Wszystko przez niejasną przyszłość naszej biegaczki, a Justyna wtrącania do własnego podwórka nie znosi przecież od dziecka.

HUBERT BŁASZCZYK
TWITTER: @hubertblaszczyk

sobota, 29 grudnia 2012

Michał Szczepaniak: Odbudować renomę klubu



Michał Szczepaniak: Odbudować renomę klubu
Fot. Wojciech Tarchalski
- Chciałbym w końcu pojechać cały rok na równym poziomie. Celem jest robić dobry wynik, bez wpadek. Nie może być tak, że w jednych zawodach zdobywa się 14 punktów, a w kolejnych 4. Nie o to chodzi w żużlu, chodzi o to by być stabilnym – mówi w obszernym wywiadzie dla naszego portalu, Michał Szczepaniak. Wychowanek Iskry Ostrów wraca w rodzinne strony po sześciu latach przerwy i chce dołożyć swoją cegiełkę do odbudowy ostrowskiego żużla na dobrym poziomie.

Wraca Pan do Ostrowa Wielkopolskiego po sześciu latach przerwy. Co zadecydowało o przeprowadzce w rodzinne strony?
Powodów było kilka. Trudno wyszczególnić jeden. Plusem jest to, że będę w rodzinnym mieście, nie będę musiał podróżować. W tym sezonie mam podpisany kontrakt w Anglii i ciągłe podróże z lotniska na mecze poza domem mogłyby być nużące. Zdecydowanie łatwiej będzie startować tutaj na miejscu. Okazje do sprawdzania sprzętu będą częstsze, nawet dwa lub trzy razy dziennie, co pozwoli szybciej zmienić wszystko w warsztacie. Mieszkam trzy kilometry od stadionu, także z tymi nie powinno być problemu. W ostatnim czasie powiększyła mi się również rodzina i chciałbym jak najwięcej czasu spędzać z nią. Większość czasu będę spędzał w Anglii, a tutaj tylko pojawię się tylko sporadycznie. Na pewno to też ma duże znaczenie. Kibice chcieli również, żebym wrócił. Spotykałem się z takimi pytaniami w mieście. Najważniejsze myślę jest to, że chcemy odbudować renomę klubu, żeby to nie wyglądało ciągle w ten sam sposób. Chciałbym, żeby w końcu sprawy w klubie były przejrzyste, a nasza jazda satysfakcjonowała kibiców. Również by wszystko szło w dobrym kierunku, a nie cały czas pod górkę.

Przed rokiem był Pan blisko podpisania kontraktu z ŻKS Ostrovią. Jednak w końcu do parafowania umowy nie doszło. Na przeszkodzie stanęły problemy licencyjne. W tym roku również nie było różowo, co chwilę pojawiały się informacje o narastającym długu ostrowskiego klubu. Czym włodarze klubu przekonali Pana do podpisania kontraktu?
Z Panem prezesem, Mirosławem Wodniczakiem długo rozmawialiśmy na ten temat. Zapewniał on, że licencja na pewno będzie i przejmuje zarządzanie klubem. Wierzę w to, że wszystko będzie tak, jak to powinno być. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że jako zawodnicy dołożymy cegiełkę do odbudowy klubu.

Ma Pan za sobą całkiem udany sezon w barwach Orła Łódź. Niezły był też występ w Mistrzostwach Polski Par Klubowych. Jakie więc będą cele na zbliżający się sezon?
Miniony sezon faktycznie nie był zły. Można nawet powiedzieć, że był dobry, ale były między innymi felerne zawody w Ostrowie Wielkopolskim. Zaliczyłem świecę, spowodowaną defektem sprzęgła. W nasze poczynania wkradła się nerwowość. Kolejny mecz w Lublinie również popsuł nieco wygląd całego sezonu, bo ten nie był zły do tego czasu. Chciałbym w końcu pojechać cały rok na równym poziomie. Celem jest robić dobry wynik, bez wpadek. Nie może być tak, że w jednych zawodach zdobywa się 14 punktów, a w kolejnych 4. Nie o to chodzi w żużlu, chodzi o to by być stabilnym.

Włodarze Ostrovii podkreślają, że celem na zbliżający się sezon będzie awans do fazy play-off. Czy sądzi Pan, że w tym składzie personalnym oraz z potencjalnymi wzmocnieniami, o których na pewno wspominał prezes, możliwe jest osiągnięcie tego celu?
To się okaże na pewno na torze. Wiadomo, że lekko nie jest. Każdy walczy o punkty i nikt ich za darmo nie oddaje. Nazwiska nie jadą i wszystko okaże się na torze. W tym roku mamy kilka nowinek technicznych i kto z nimi trafi, dopasuję się, ten będzie od początku jechał i zdobywał punkty.

Nie od dziś wiadomo, że w Anglii jest inna geometria torów, rodzaj nawierzchni czy też ustawienia motocykli, ale czy w jakiś sposób starty tam pomagają w jeździe w Polsce?
Na pewno można się tam uczyć techniki jazdy. Na torze w Ostrowie Wielkopolskim zmieściłyby się być może trzy tory angielskie. W telewizji być może ten żużel wygląda podobnie, ale jest to całkiem inna szkoła jazdy. Wszystko jest inne, ale mam nadzieję, że tzw. „bycie w gazie” pozwoli na to, że wynik będzie równy i stabilny. Wiadomo, że w poprzednim sezonie mieliśmy kilka meczów ligowych, a później przychodził miesiąc przerwy. Trudno w tym przypadku mówić o zawodowym sporcie, jest to bardziej sport amatorski jeśli jeździ się raz na miesiąc. Mam nadzieję, że właśnie występy w Anglii spowodują, że nie będzie wpadek takich jak te w tym roku.

Czy w związku z występami w Anglii jest jeszcze jakiś temat lig zagranicznych?
Będę się skupiał głównie na występach na torach angielskich. Jest tam częsta okazja do startów, a dużo czasu zabierają również ciągłe wyloty i powroty. Jeżeli trafią się pojedyncze zagraniczne turnieje czy też sporadycznie liga czeska, czy liga duńska, to nie zamierzam rezygnować z szansy do jazdy. Wszystko jednak determinować będzie czas i okoliczności.

Występy na Wyspach Brytyjskich będą jednak wymagać specjalnych przygotowań logistycznych.
Wiem już jak to wszystko wygląda, bo w minionym sezonie miałem okazję to sprawdzić. W Anglii mam motocykle i mechaników, wszystko czeka tam na miejscu. Tak samo będzie w Polsce. Po prostu ja będę dolatywał na zawody, a tam już wszystko będzie przygotowane. Z czasem wszystko powinno działać coraz lepiej.

niedziela, 7 października 2012

Oto cyrk właśnie

Kończące sezon Grand Prix w Toruniu. Ma być wielkie święto speedwaya. Przed rozpoczęciem zawodów, które wyłonią mistrza świata Anno Domini 2012 Australijczyk, Chris Holder ma dwa punkty przewagi nad Duńczykiem, Nicki Pedersenem. Zapowiada się niesamowita batalia. Starcie doświadczenia z młodzieńczą fantazją. Gdyby ktoś zapytał mnie czy takie wydarzenie można popsuć, to bez chwili zawahania odpowiedziałbym, że jest to niemożliwe, a jednak można. Bo to speedway właśnie.

Wszystko toczy się jednak według zaplanowanego scenariusza do końca rundy zasadniczej. Kilka wspaniałych biegów, nieprawdopodobnych szarż Emila Sajfutdinova, błysk talentu Macieja Janowskiego, zaskakująco wolny Nicki Pedersen i powiększający nad nim przewagę Chris Holder. Nijak ma się to do kumulacji, która miała miejsce w 22 biegu sobotnich zawodów. Pod taśmą stanęli wówczas Holder, Pedersen, Sajfutdinov i Lindback. Czterech zawodników, z których tylko dwóch mogło wejść do wielkiego finału. Przegrana Duńczyka oznaczała tytuł mistrzowski dla Australijczyka. Z kolei potknięcie Holdera dawało nadzieję Nickiemu na sięgnięcie po koronę. 

Każdy kibic speedwaya wiedział więc jaki ciężar gatunkowy miał ten bieg. Każdy średnio rozgarnięty obserwator tych zawodów wiedział też, że Pedersen miał w zasadzie jedną szansę, by rozstrzygnąć 22 wyścig na własną korzyść. Musiał wygrać start i zamknąć do krawężnika Australijczyka, by ten stracił nieco dystansu na pierwszym łuku i musiał gonić do mety wcale nie najszybszego tego dnia Duńczyka. 

Ruszyli. Start wygrał Nicki, był pół koła przed Holderem i zaczął zamykać Kangura do krawężnika. Ten jednak nie chciał dać za wygraną, wiedział, że przymknięcie gazu może spowodować stratę kilku cennych metrów. Powalczył więc z Pedersenem, ale nie dał rady. Wjechał prostym motocyklem w Duńczyka i spowodował jego upadek (załączam film poniżej, bo zapewne wielu uzna, że jestem nieobiektywny). 




W każdej normalnej sytuacji decyzja mogłaby być tylko jedna. Zresztą po obejrzeniu powtórek wydawało mi się, że tylko szowinistyczny fan Holdera mógłby powtórzyć ten wyścig w czteroosobowym składzie, bo osobiście nie widziałem żadnych przesłanek, żeby nie wykluczyć Australijczyka.

Niestety, mojego optymizmu w tej kwestii nie podzielał gość, który w tym momencie stał się głównym bohaterem tego wieczoru. Mowa o brytyjskim arbitrze, Craigu Ackroydzie. Sędzia z Wysp nie dostrzegł w jeździe Holdera żadnego faulu. Dziwne. W tym momencie Ackroyd mógł pokazać, że ma jaja. Zostawił je chyba jednak w domu i postanowił podjąć dla siebie najbezpieczniejszą decyzję. No bo przecież, kto będzie kwestionował decyzję krzywdzącą Nickiego Pedersena, notabene najbardziej nielubianego zawodnika w środowisku żużlowym.


W tym miejscu kolega Ackroyd przeliczył się jednak po raz drugi. Brytyjski arbiter mógł zostać postacią wyrazistą, pokazującą, że w speedwayu nie liczą się okoliczności, ale zasady. Nie można przecież wyciąć zawodnika i nie zostać za to ukaranym. Ackroyd pokazał, że można.

Decyzja sędziego pociągnęła za sobą lawinę zdarzeń, bo niezadowolony Pedersen nie potrafił pogodzić się z decyzją arbitra i musiał wbić przed powtórką 22 biegu kilka szpilek w układ nerwowy Holdera. Australijczyk nie wytrzymał, ale trudno się temu dziwić. Dziwię się jednak Jackowi Holderowi i innym osobom z teamu Holdera, które wyciągały pięści w kierunku Duńczyka. Panowie pokazaliście zero jakiejkolwiek ogłady i nigdy nie powinniście mieć wstępu do parku maszyn żadnej imprezy o randze międzynarodowej. Klasę zachowali jedynie mechanicy Chrisa, za co im chwała. 


Powtórka biegu miała dla mnie sprawę drugorzędną, bo byłem niemal w stu procentach pewien, że Pedersen nie będzie w stanie powtórzyć drugi raz tak świetnego startu. Tego dnia był po prostu wolny, co nie zmienia jednak faktu, że może czuć się oszukanym. Powinien dostać szansę powtórki w trzyosobowym składzie i zmierzyć się pod taśmą z Sajfutdinovem i Lindbackiem. Przy tej dyspozycji Rosjanina i Szweda wcale niewykluczone, że oglądałby ich plecy, ale wszystko odbyłoby się wówczas w ramach fair play. Tak jednak nie było nad czym niesamowicie ubolewam, bo teraz za każdym razem wspominając obecny sezon będę sobie przypominał tą sytuację i dywagował czy Holder zasłużył na ten tytuł, czy też nie. Sprawa jest na tyle złożona, że nie chciałbym tego na gorąco oceniać. Moim zdaniem najlepszym zawodnikiem w tym sezonie był Nicki Pedersen, najwięcej punktów zebrał z kolei Chris Holder i tego się trzymajmy. 

Na koniec jeszcze słówko o reakcji na to wydarzenie w studio Canal +. Rozumiem Rafała Dobruckiego, że miał w przeszłości wiele scysji z Nickim Pedersenem, ale występując w telewizji mógłby zachować nieco więcej obiektywizmu. To samo tyczy się doktora Grzegorza Ślaka. Duńczyk podchodząc i prowokując Holdera nie zachował się moralnie, ale miał w tym swój zamierzony cel. Osobiście naprawdę nie widzę sensu robienia z Pedersena nie wiadomo jakiego bandyty, bo powiedział kilka słów Australijczykowi. Jak bandyci zachowali się członkowie teamu Holdera, którzy rzucili się na Nickiego z pięściami. Najbliżej mi do zdrowego stanowiska Marka Cieślaka i Leszka Blanika w studio.

Miłym akcentem była też obecność w parku maszyn Anity Mazur. Przyznam, że Panią Anitę widziałem podczas transmisji po raz pierwszy, bo w tym sezonie nie oglądam zbyt często w TV zawodów GP i jak najbardziej był to występ na plus. Przy Michale Łopacińskim, który mi się już nieco opatrzył była to bardzo miła odmiana, zarówno w kwestiach merytorycznych jak i estetyczno-wizerunkowych.

niedziela, 29 lipca 2012

Londyn - Day 2 (Mission possible)


Jest 3 set spotkania pomiędzy Hiszpanami - Davidem Ferrerem i Feliciano Lopezem a naszym eksportowym deblem Fyrstenberg/Matkowski. Po 6 w gemach. Decydujący moment spotkania. Serwuje Matkowski, którego podanie jest uważane za jedno z najlepszych w tourze. Polak dotychczas w tym spotkaniu nie został przełamany, ani razu nie było też breaka dla rywali przy jego serwisie. Wydaję się niemożliwe, by Hiszpanie wygrali tego gema. Tymczasem Ferrerowi wychodzą dwa wspaniałe backhandy, a Lopez zagrywa życiowego passing shota. 7-6 dla Hiszpanów. Udanie serwują na mecz. Mamy o jedną szansę medalową mniej. A to tenis właśnie.

Fyrstenberg z Matkowskim przed Igrzyskami zapowiadali, że do Londynu lecą po medal. Mało kto wierzył w ich optymistyczne zapowiedzi, bo turniej odbywa się na wimbledońskiej trawie, gdzie w ostatnich latach Polacy prezentowali się tragicznie. Ich najlepszy występ to 3 runda w 2010 roku. W tym było już jednak znacznie gorzej. Nasz eksportowy debel zakończył przygodę z Wimbledonem na pierwszej rundzie. Przed tym prestiżowy turniejem czwarty debel świata poniósł również porażki w Londynie (turniej na Queensie) i Eastbourne.

Wydawało się więc, że Igrzyska Olimpijskie będą idealną szansą do przełamania złej passy. Losowanie  nie było łaskawe, bo Fyrstenberg z Matkowskim trafili na Davida Ferrera i Feliciano Lopeza. Dwóch singlistów, a przeciwko nim zazwyczaj gra się trudno. Zwłaszcza, że drugi z nich ma świetne predyspozycje do gry podwójnej. W turnieju olimpijskim słabeuszy jednak nie ma. Wszystko przez to, że w drabince znajdują się tylko 32 pary deblowe. O tym, że nawet w pierwszej rundzie nie ma łatwych meczów przekonali się brytyjscy faworyci do medali, bracia Murray'owie oraz Ross Hutchins z Colinem Flemingiem. 

Mecz z Hiszpanami nie toczył się po myśli naszego debla, bo przez 2,5 seta fantastycznie dysponowany był Feliciano Lopez. Pogromca Łukasza Kubota w wimbledońskim turnieju sprzed roku grał pewnie w każdym elemencie tenisowego rzemiosła. Popsuł nieco końcówkę drugiego seta, kiedy przy meczbolu dla Hiszpanów nie zagrał agresywniej. Nie można go jednak za to winić, bo to Fyrstenberg i Matkowski wyrwali zawodnikom z Półwyspu Iberyjskiego drugą partię, wygrywając od stanu 6:5 w tie-breaku trzy punkty z rzędu.

W trzecim secie nieznaczną przewagę posiadali Polacy. Przy serwisie Ferrera mieli nawet break pointa, którego jednak nie wykorzystali. To zemściło się w sytuacji opisanej przeze mnie we wstępie. Misja niemożliwa do wykonania, okazała się możliwa. Wówczas wyszedł spokój Davida Ferrera, który przez większą część spotkania był zdecydowanie słabszy od swojego kolegi. W kluczowym momencie posłał dwa fantastyczne backhandy. Gra w końcówkach spotkań cechuje wielkich graczy, a takim niewątpliwie jest Ferrer. 

Fyrstenberg z Matkowskim ponownie zawiedli na dużym turnieju. Nie można tłumaczyć się, że nic się nie stało, bo stało się. Polacy po raz kolejny nie udźwignęli presji. Można tłumaczyć się, że Ferrer z Lopezem postawili trudne warunki, ale na pewno byli zawodnikami do pokonania. 

PS: Odpadły też po pięknej walce Klaudia Jans-Ignacik z Alicją Rosolską. Polki wylosowały trzeci debel świata, Maria KirilenkoNadia Petrova. Walczyły 2,5 h. Zadecydował podwójny błąd Rosolskiej, który pozwolił Rosjankom odskoczyć na 3-1 w decydującej partii. Wielkie brawa należą się jednak za pierwszego seta, kiedy Polki z 1-5 wygrały 7-6.

PS 2: To, co wyprawiał na Korcie Centralnym Alejandro Falla budzi szacunek. Kolumbijczyk w drugim secie dwa razy wychodził ze stanu 0-40. Nic nie robił sobie z prowadzenia Federera 5-3 i trzech piłek meczowych. Falla wytrzymał presję i wygrał tą partię 5-7. W trzecim secie nie zdołał jednak sprawić sensacji i wyeliminować Szwajcara. Mimo wszystko zapisał się w pamięci kibiców na długo.

sobota, 28 lipca 2012

Londyn - Day 1



Euro 2012, Wimbledon, kilka pomniejszych imprez, a na Speedworld.pl była cisza. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko przeprosić czytelników i przyrzec, że przez osiem dni mojego pobytu w Londynie będę starał się publikować na koniec dnia swoje odczucia (nie mogę konkurować z ludźmi, którzy pracują tu jako media i są akredytowani, ale może zauważę coś, co im umknęło). W końcu największa impreza czterolecia  zobowiązuje.

Do Londynu wyleciałem po 16 z Poznania. Żyjąc jeszcze trochę wczorajszym spotkaniem Lecha Poznań z azerskim Khazarem Lenkoran nie zdawałem sobie sprawy jak wielki paraliż komunikacyjny pociąga za sobą tego typu impreza. Samolot nie wyleciał planowo z portu na poznańskiej Ławicy, ale został opóźniony o blisko 30 minut, bo wieża kontrolna nie dawała zgody na wzbicie się w powietrze z powodu zbyt dużego ruchu na niebie.

Dlatego też tym większe było moje zdziwienie, kiedy znalazłem się na lotnisku Stansted. Cisza, spokój, w zasadzie zero jakichkolwiek przesłanek, że za kilka godzin ma się odbyć ceremonia otwarcia Igrzysk Olimpijskich. O odbywających się IO przypominali dopiero wolontariusze, którzy przy wyjściu z portu rozdawali mapy Londynu oraz metra. 

O ile na lotnisku dało się wyczuć spokój, to już w zatłoczonym metrze niekoniecznie. Dużo ludzi, tłok, ogólnie mało komfortowe warunki, ale jestem przygotowany, że to dopiero przedsmak przed jutrem, kiedy ruszy większość najbardziej obleganych przez kibiców dyscyplin.

Pisząc ten tekst trwa jeszcze ceremonia otwarcia londyńskich Igrzysk. Naprawdę jestem pod dużym wrażeniem tego, co wymyślili organizatorzy piątkowego show. Nigdy nie przykładałem większej wagi do tego typu ceremonii, ale ta w stolicy Wielkiej Brytanii nad wyraz mi się podoba. Nie zabrakło elementów historycznych, efektownych skoków z helikoptera. Czekam tylko, kiedy w niezwykle efektowny sposób dotrze na Stadion Olimpijski David Beckham. Ponoć "Becks" płynie motorówką w kierunku kluczowej areny IO.

Prawdziwe emocje rozpoczną się w sobotę. Ten dzień spędzę na bardzo dobrze mi znanych kortach Wimbledonu. Nieco zmienił się wystrój, ale to cały czas ten sam obiekt. Po raz trzeci dane mi będzie zasiąść na korcie centralnym i podziwiać największe gwiazdy tenisa - Tomas Berdych, Serena Williams, Roger Federer i Karolina Woźniacka zagrają na arenie głównej. Dla mnie priorytetem będą jednak występy Urszuli Radwańskiej i Łukasza Kubota. Więcej szans na awans do kolejnej rundy daje młodszej z sióstr Radwańskich, ale Kubot też na londyńskiej trawie nie jest bez szans w starciu z bułgarskim Federerem, Grigorem Dimitrovem.

W sobotę wystąpią również nasze dwie pary deblowe. Klaudia Jans-Ignacik i Alicja Rosolska zmierzą się z Nadią Petrovą i Marią Kirilenko, a nasz eksportowy debel Fyrstenberg/Matkowski sprawdzi umiejętności Feliciano Lopeza i Davida Ferrera. Obie pary czeka ciężka przeprawa.

See you soon :)





wtorek, 5 czerwca 2012

Czesi trenowali przy Oporowskiej

Fot. Hubert Błaszczyk/ Speedworld.pl

Reprezentacja Czech, to drugi zespół, który zorganizował otwarty trening dla kibiców. Jako pierwsi swoje zajęcia otworzyli w niedzielę Polacy, Petr Cech i spółka trenowali po raz pierwszy na stadionie przy Oporowskiej we Wrocławiu w poniedziałkowy poranek.


Zajęcia nie miały zbyt intensywnego charakteru. Sztabowi szkoleniowemu reprezentacji Czech chodziło o to, by ich zawodnicy zapoznali się ze stadionem przy Oporowskiej oraz pokazali licznie zgromadzonej publiczności kilka ciekawych zagrań.

Czesi na płytę wrocławskiego stadionu wybiegli punktualnie o 10:30. Brakowało jedynie Tomasa Rosicky'ego, który trening rozpoczął 10 minut później. Gwiazda Arsenalu Londyn została powitana owacyjnie przez kibiców. W wewnętrznej gierce, trenujący po raz pierwszy od 13 maja z kolegami z zespołu Rosicky imponował spokojem i tzw. "no look passami".

Zajęcia rozpoczęły się od zabawy z piłkami. W tym czasie Petr Cech, Jaroslav Drobny i Jan Lastuvka rozgrzewali się wraz z trenerem bramkarzy. Następnie miejsce miała wewnętrzna gierka na 3/4 boiska. Później zmniejszono dystans i Czesi rywalizowali na połowie boiska.

W pokazowej gierce najbardziej imponowali bramkarze, którzy pokazali kilka nieprawdopodobnych parad. Celował w tym golkiper Dnipro Dniepropietrowsk, Jan Lastuvka. Z drugiej strony dużą nieskutecznością razili napastnicy. Sam Milan Baros dwukrotnie trafił w słupek, a kilka jego strzałów nie leciało nawet w światło bramki. Po jednym ze starć Baros upadł na murawę. Napastnikowi Galatasaray Stambuł nic się jednak nie stało.

Trening skończył się po blisko 75 minutach. Przez mix zonę, w której na zawodników czekało wielu dziennikarzy przeszli wszyscy piłkarze Michala Bilka, ale większość z nich nie miała nawet zamiaru, by się w niej zatrzymać. Wracający do treningów po kontuzji Rosicky odmówił komentarza. - Teraz trzeba grać, a nie rozmawiać - powiedział, szybko przemykając przez wyznaczoną strefę.

Około 15 minut dziennikarzom poświęcił Petr Cech. Chciał jednak odpowiadać tylko na pytania rodzimych mediów.

Po treningu udało nam się złapać zawodnika Besiktasu Stambuł, Tomasa Sivoka. - Wszystko jest jak na razie przygotowane perfekcyjnie. Przyjechaliśmy do Wrocławia pociągiem w niedzielny wieczór. Wszyscy, którzy pojawili się na peronie przywitali nas bardzo gorąco. Podobnie było w hotelu, dlatego myślę, że nasze pierwsze spotkanie z Rosją również będzie dla nas udane. Poniedziałkowy trening był bardziej dla zrelaksowania się. Boisko było świetnie przygotowane, przyszło wiele osób. Myślę, że jesteśmy przygotowani na start EURO 2012.

Kolejne otwarte zajęcia reprezentacji Czech będą miały miejsce 9 i 13 czerwca na stadionie przy ulicy Oporowskiej.

niedziela, 6 maja 2012

Na żywo: Śląsk Wrocław - Stal Ostrów Wielkopolski [2 mecz]


Fot. Wojciech Tarchalski/ Superstar

22:05 Faulowany Artur Grygiel. Pozostało 13,3 sek. Grygiel wykorzystuje jeden osobisty, zbiera Płatek, ale przechwytuje piłkę Dymała. Na linii rozgrywający Stali. Nie wytrzymał presji. Nie trafia ani jednego wolnego. Na 6 sekund do końca piłkę ma Stal. Równo z syreną nie trafia Kałowski. 67-64 dla Śląska. 2-0 po dwóch meczach. Dziękuję za uwagę.

22:03 Nieudana akcja lidera Stali. 14 sek. do końca piłkę ma Śląsk i prowadzi 66:64. Chyba Stalówka przegrała wygrany mecz ... 

22:02 Faul Dymały. Na linii Mroczek-Truskowski. 1/2. Dwa punkty przewagi Śląska. 30 sek. do końca.

22:01 Strata Marcina Dymały. Minuta do końca.

21:59 Mateusz Zębski sfaulował Rafała Glapińskiego. Rozgrywający wrocławian na linii rzutów wolnych. Dwa celne. 65-64 dla Śląska.

21:58 Kontrowersyjny faul w ataku Marcina Dymały. 1:44 do końca, piłkę ma Śląsk. Na parkiecie bohater wrocławian z soboty, Tomasz Bodziński.

21:55 Śląsk zbiera dwa razy w ataku. Za trzy ponownie Grygiel. Koszykarze Stali nie mogą go zatrzymać. Rzuca po zasłonach i się nie myli. 64-63. 

21:54 Będzie jeszcze ciekawie. Za trzy punkty Artur Grygiel. Tylko dwoma punktami prowadzi Stal. Po chwili faul Grygla i linii rzutów wolnych Marcin Dymała. 64-60 dla Stali.

21:50 Przewinienie Jakuba Dryjańskiego (4 osobiste i 4 faul drużyny). Artur Grygiel trafił, ale rzut wolny nie doszedł do celu. 62-57 Stal.

21:49 Dużo lepsza defensywa Śląska. Twarda obrona nie przynosi jednak efektów, bo wrocławianie faulują w ostatnich sekundach trwania akcji. Nie zmienia to faktu, że Stal przestała trafiać i ma ogromne problemy z rozgrywaniem akcji.

21:48 Udany wjazd Artura Grygiela. Na parkiecie Krzysztof Spała. 62-55 dla ostrowian.

21:46 Na 5 minut przed końcem 61-53 dla Stali. Śląsk jednak wzmocnił defensywę i zdecydowanie trudniej zdobywa się punkty ostrowianom.

21:35 Stali wszystko wpada, nawet nieprawdopodobne rzuty. Z odchylenia Łukasz Olejnik. 59-48, a Śląsk ponownie popełnia stratę. Koniec trzeciej kwarty. 

21:33 Za trzy Marcin Kałowski. 55-48 dla Stali. Ostrowianie ponownie przejmują kontrolę nad spotkaniem. Punkty dorzucił też Marcin Dymała. Przewaga Stali wynosi już dziewięć punktów. Wrocławianie po raz trzeci gubią piłkę.

21:29 Miałem chwilowo utrudniony dostęp do laptopa. Przez ten czas 5 faul złapał Mariusz Matczak. W narożniku rozgrzewa się już Krzysztof Spała. Po kontrze Mateusza Zębskiego 52-48 dla Stali, a Śląsk prowadził już nawet trzema oczkami.

21:19 Śląsk zaczął lepiej bronić. Stal dwa razy nie zdołała nawet oddać rzutu. Pod koszami rządzi Hyży, który ma już 19 punktów (14 z nich zdobył w drugiej kwarcie). 42-41 dla Śląska.

21:02 Za dwa punkty tuż przed zakończeniem drugiej kwarty Norbert Kulon. 39-36 dla Stali. Temperatura meczu ewidentnie wzrosła. Usłyszymy się po przerwie.

21:00 Radosław Hyży prowokuje zawodników Stali. Nie wytrzymał tych prowokacji Wojciech Szawarski i wyskoczył na parkiet. Czyżby chciał sparować z podkoszowym Śląska? :)

20:56 4 faul Mariusza Matczaka. Ostrowianie pozostali z Marcinem Dymałą na rozegraniu i niedoświadczonym Krzysztofem Spałą. Ponownie mam wątpliwości, czy nie było to wydumane przewinienie. Z linii rzutów wolnych nie myli się dzisiaj Hyży. Trafia dwa rzuty osobiste. Już tylko dwa punkty przewagi Stalówki.

20:51 Rozegrał się Radosław Hyży, Kolejne punty tego zawodnika. Przechwyt Wojciecha Leszczyńskiego. Wrocławianie po chwili tracą piłkę. Z ławki rezerwowych bardzo przeżywa mecz Wojtek Szawarski, który jest kontuzjowany i wróci na parkiet dopiero na mecze w Ostrowie Wielkopolskim. W kontrze udanie Mateusz Zębski. 34-27. 3 faul Mariusza Matczaka. Sędziowie dziwnym trafem zaliczają punkty Hyżego, których nie było. Ten trafia rzut wolny. Ponownie emocjonalnie przy stoliku zachowywał się Mikołaj Czaja, na szczęście uspokoił go Wojciech Szawarski. Walka toczy się kosz za kosz. 36-32 dla ostrowian.

20:50 Do indywidualnego bronienia Marcina Dymały oddelegowany został Wojciech Leszczyński. W dniu wczorajszym z tego zadania wywiązywał się co najmniej dobrze.

20:47 Obrona na całym parkiecie Śląska daje efekty. Wojciech Leszczyński przechwycił piłkę i zdobył łatwe punkty, a po chwili po raz kolejny podkoszowych z Ostrowa Wielkopolskiego ograł Radosław Hyży. Śląsk zmniejsza straty do sześciu punktów.

20:46 Fantastyczna dyspozycja rzutowa koszykarzy Stali. Za trzy po raz kolejny Łukasz Olejnik. 31-20 dla gości. Trzecie przewinienie popełnia Olejnik.

20:44 Pierwsze punkty Marcina Dymały. Niebezpieczny w polu podkoszowym jest jednak Łopatka, który ciągnie teraz grę Śląska. Fantastyczne zagranie Dymały z Cielebąkiem i punkty tego drugiego. 28-20.

20:42 Kałowski ponownie za trzy. Odpowiada po chwili z tego samego miejsca Mirosław Łopatka.

20:41 Czysty blok Łukasza Olejnika. Sędziowie mają inne zdanie. Na linii rzutów wolnych Mirosław Łopatka, który pojawił się na początku drugiej kwarty na parkiecie. Nie trafia ani jednego rzutu osobistego.

20:40 Wydaję się, że ostrowianie mają mecz pod kontrolą. Dobrze na tablicy atakowanej gra Tomasz Cielebąk, dając zespołowi zbiórki. Tafia jednak tylko jeden rzut wolny. 21-13 dla Stali.

20:39 Właśnie otrzymaliśmy statystyki po pierwszej kwarcie. Co ewidentnie rzuca się w oczy to 5 zbiórek więcej Stali oraz już 4 asysty. Dzień wcześniej koszykarze Stalówki mieli tylko 3 otwierające podania.

20:34 Koniec pierwszej kwarty. Wynik w ostatnich sekundach nie uległ zmianie. Ostrowianie w porównaniu z dniem wcześniejszym grają zdecydowanie lepiej w ataku. Śląsk tymczasem pudłuje w prostych sytuacjach spod kosza. Zawodnicy gości lepiej zastawiają również pole podkoszowe.

20:31 Po czterech zbiórkach w ataku Stali za trzy trafił Łukasz Olejnik. Wrocławianie natomiast są bardzo nieporadni w ataku, słabiej też bronią. 18-12 dla Stalówki.

20:27 Szybko za trzy odpowiada Kałowski. Po chwili analogiczna akcja tego samego zawodnika. Doświadczony rzucający obrońca trafił już trzy trójki w 6,5 minuty. 15-10 dla Stali.

20:25 Role się niejako odwróciły dzisiaj to wrocławianie nie trafiają prostych rzutów w kontrze. Za to nic nie zmieniło się w kwestii celności za trzy punkty. Celnie rzuca Adrian Mroczek-Truskowski, wyprowadzając Śląsk na punktowe prowadzenie.

20:23 Pierwsza trójka Stali. Za trzy trafił Marcin Kałowski. Od początku widać, że ostrowianie są lepiej dysponowani rzutowo niż w dniu wczorajszym. Mecz toczony jest w szybkim tempie. W kontrze trafia Matczak, ale za chwile pod drugim koszem akcję 2+1 wykonuje Radosław Hyży. 9-7 dla Stali.

20:21 Prosta strata Matczaka, który najpierw nie wyprowadził na pozycję wolnego Kałowskiego, a później dał sobie odebrać piłkę Rafałowi Glapińskiemu. Ten zdobył punkty w kontrze dla Śląska. Pod koszem trwa ostra walka Hyżego i Dryjańskiego. Obaj dwukrotnie w jednej akcji leżeli na parkiecie. Sędzia jednaki nie gwizdnął.

20:17 Rzut sędziowski wygrany przez Stal. Pierwsze punkty zdobywa Mariusz Matczak. Z półdystansu odpowiada Mroczek-Truskowski.

20:15 Znamy pierwsze piątki obu zespołów:

Śląsk - Marcin Kowalski, Mateusz Płatek, Radosław Hyży, Adrian Mroczek-Truskowski, Rafał Glapiński

Stal - Mariusz Matczak, Marcin Dymała, Marcin Kałowski, Jakub Dryjański, Łukasz Olejnik

20:10 Rozpoczyna się oficjalna prezentacja obu zespołów. Atmosfera zdecydowanie bardziej letnia niż dzień wcześniej.

20:03 Zaczynamy relację na żywo z drugiego spotkania Wielkiego Finału II ligi grupy B. Na hali mniej osób niż dzień wcześniej. Wszystko przez rozgrywki piłkarskie. O godzinie 17:00 wystartowała ostatnia kolejka T-Mobile Ekstraklasy. Piłkarze Śląska musieli wygrać w Krakowie, by zdobyć mistrzostwo Polski. Podopiecznym Oresta Lenczyka ta sztuka się udała i większość kibiców "Wojskowych" świętuje na Starym Rynku.